DZIEŃ 1. LUBSKO-NOSSEN (NIEMCY)

Start-7.30, Stop-18.30,
Dystans- 185km, Czas jazdy -7h 16min.,
Średnia prędkość -24,23km/h, maks. -56km/h

Rozpoczął sie długo wyczekiwany dzien. Wyjazd o 7 rano. Najbliżsi postanawiają sfilmować moje ostatnie chwile w przydomowym ogródku. Następnie wsiadają w samochód odprowadzając mnie w kierunku Lisiej Góry. Żegnamy sie przed miejscowością Grabów. Pozostając w emocjach, po kilku minutach przytrafia mi sie awaria sakwy na kierownice. Z pomocą życzliwych ludzi szybko naprawiam uszkodzoną cześć i pospiesznie mknę przed siebie. Jakże wielkie moje zdziwienie, kiedy to na drodze do przejścia granicznego Łęknica/Bad Muskau natrafiam na Piotra Stokłosę, podróżnika, który dopiero co powrócił z grupa Przyjaciół z WYPRAWY DOOKOŁA POLSKI (w 30dni przejechali blisko 4000km-Czapki z głów).Siadam na kolo koledze, który holuje mnie na odcinku 7km.Wielkie Dzięki: krzyczę, kiedy zjeżdża z mojej trasy. Jadę równo na lekkim przełożeniu. Prędkość oscyluje miedzy 27-29km/h. Teren plaski predestynuje do takiej jazdy. Na dziś kierunki: Hoyerswerda, Radeburg, Meissen, Nossen. Ostatnia z miejscowości to moja dzisiejsza przystań. A w niej pensjonat w cenie 30 euro ze śniadaniem. Wykąpany udaje sie na spacer, odwiedzam także pobliski bar, w którym zajadam sie smaczną pieczenią oraz sałatką z pomidorów, żółtego sera, cebuli i ogórków. W głęboki sen zapadam po 22.00.

DZIEŃ 2. NOSSEN-BAD SCHLEMA

Start-8.15, Stop-19.30,
Dystans-125km, Czas jazdy-5h54min.,
Średnia prędkość-21,10km/h, maks.-65km/h

To był zupełnie zwariowany dzień, ale po kolei. Startuję o 8.15. Od samego początku czuje sie tak jakbym był trzymany za koło. Wiatr czołowy pokazuje swoje oblicze. Przede mną kolejny upalny dzien. Kieruje sie naFreiberg (metę mojego pierwszego odcinka z  wyprawy na Tour de France 2005) Einsiedel, Aue, Schneeberg, Falkenstein, Plauen. Nie mogę wówczas jeszcze przypuszczać, ze rzeczywistość okaże sie zgoła inna. Problemów z sakwą na kierownicę ciąg dalszy. Prawdziwy plus to jak zawsze napotkani ludzie, z życzliwością udzielający pomocy (kiedy to pytam o drogę, czy proszę o uzupełnienie wody w bidonach).Im dalej tym trudniej, bo ukształtowanie terenu coraz bardziej górzyste. I chociaż krajobraz pięknieje w oczach, to ja jednak głównie koncentruje sie na równej jeździe. Pierwsza góra. Ciężki oddech. Brak rytmu pedałowania. Tętno dochodzi momentami do 190 uderzeń serca na minutę. W miejscowości Aue odwiedzam sklep rowerowy. wymieniam swoja małą sakwę na ramę na większą, dzięki czemu mogę lepiej rozmieścić 10kg bagażu. Życzliwej sprzedawczyni oddaję starą sakwę, przez co dostaje rabat. Jazda stabilniejsza, jednak nie na długo, bo z czarnych chmur lunie lada moment. Decyduje sie pozostać w miejscowości Bad Schlema, oddalonej od Plauen o niespełna 50km.Tam tez natrafiam na starsza Panią, która proponuje gościnę. Cały szczęśliwy godzę się. Po chwili poznaje męża, doświadczam błogiej kąpieli, a podniebienie raczę ciemnym pieczywem, konfiturami i miodem. W międzyczasie dzwoni moja Mama, która dziękuje w moim imieniu gospodyni domu. Podbudowany mentalnie, około 22.30 zapadam w sen.

DZIEŃ 3. BAD SCHLEMA-BEITENBRUNN

Start-9.15, Stop-19.00,
Dystans-150km, Czas jazdy-6h35min.,
Średnia prędkość-23km/h, maks.-63km/h

Sen był błogi. Rano witają mnie tortem. Życzliwe starsze małżeństwo z pasja opowiada o latach młodości. Pan Wolfgang stwierdza, ze nie wypuści mnie z domu dopóki przez chmury nie przebije sie słonce. Wreszcie około 10 po oznace lepszej pogody i aprobacie gospodarza wyruszam w kierunku Plauen. Wówczas jeszcze nie mogę wiedzieć, że droga jaką  obieram jest początkiem dzisiejszego pasma porażek. Remonty, objazdy, miejscami brak asfaltu. To wszystko dzielnie znoszę. Dodatkowo nie najdokładniejsza mapa. Wszystko to potęguje uczucie mojej frustracji.

Jednak po jakimś czasie odbudowuje swój umysł, jakby na nowo i z nieco innej perspektywy spoglądam na wszystko. Wszak najważniejsze zdrówko-Myślę sobie! W miejscowości Markneukirchen doświadczam pierwszych trudów wspinaczki wysokogórskiej. Wreszcie poważna stromizna! Zmagam się z 19% nachyleniem. Pot zalewa oczy. Bagaż ciąży. Nogi szukają właściwego rytmu pedałowania. I chociaż to tylko 2,5 kilometrowaściana, to tę wewnętrzną walkę, determinację i konsekwencję w działaniu zapamiętam na długo. Bez bagażu uśmiech na twarzy, a tak przy obciążeniu 10kg mina poważnieję. Następnie na krotko witam Czeską Republikę, by po przejechaniu miejscowości Aś powrócić w niemieckie rejony. Miejscem docelowym dzisiejszego dnia okazuje sie być malownicza wioska Beitensbrunn. Goszczę w pensjonacie za 20 euro ze śniadaniem. Kolacje zaś zjadam w okolicznym barze. Później juz tylko rozpiska w dzienniku podroży i upragniony błogi sen.

DZIEŃ 4. BEITENBRUNN-GROSSWEISMANNSDORF

Start-8.30, Stop-18.00,
D
ystans-160km, Czas jazdy-6h45min.,

Ś
rednia prędkość-23,7km/h, maks.-55km/h

Wstaje leniwie na raty. Krótka gimnastyka i poranna toaleta wypełniają najbliższe minuty. Czas śniadania! Na stole same znakomitości, by wspomnieć tylko o razowym pieczywie, serach żółtych, topionych, jogurtach, ulubionym miodzie czy dżemie. Słowem wszystko co potrzeba podróżnikowi do skumulowania energii do dalszej drogi. Wreszcie około 9.30 wskakuje w pedała! Przez pierwsze 30km ukształtowanie terenu niezmiennie pagórkowate. W tym czasie prędkość średnia to 21km/h. Potem teren wypłaszcza sie, a ja od razu dostaje przyspieszenia. I byłoby pięknie gdyby nie czołowy wiatr podcinający skrzydła, skutecznie hamujący moje poczynania. Po drodze jak co dzień kilka zagubień drogi. Jednak dzięki mapie, jaką otrzymałem podczas śniadania od życzliwej Pani pomyłek juz nie tak wiele jak w poprzednich dniach.

Kierunkiem podstawowym jest dziś miejscowość Nurnberg. Szczęśliwy, ze wreszcie do niej docieram, po czasie zły z powodu  utrudnień związanych z wyjazdem z metropolii. To kolejny znak dla mnie, że na przyszłość powinienem unikać wielkich miast, nawet kosztem nadłożenia kilkunastu kilometrów do dziennego odcinka. Około 18.30 wjeżdżam do pamiętnej miejscowości Grossweismannsdorf.. Podążam w kierunku moich Przyjaciół poznanych podczas Wyprawy na Tour de France 2005.Zupelnie sie mnie nie spodziewają. Jednak w domu pusto. Okna uchylone, pomieszczenia gospodarcze otwarte. Wiele wskazuje na to, że są w pobliżu i szczęśliwie dla mnie przyjmą gościa w dom. I tak też szczęśliwie sie dzieje. Nadchodzi  pora kolacji i ciekawych rozmów. Domownicy pytają o wiele szczegółów tegorocznej wyprawy: Którędy tym razem?, Jaki dzienny przebieg kilometrów?, I gdzie docelowo? Po jakimś czasie dołącza do nas śliczna Carolin, powracająca z pracy. Rozmowa co rusz przerywana śmiechem sprawia wiele radości. Świadomość bycia wśród prawdziwych Przyjaciół napawa mnie optymizmem, którego tak bardzo mi potrzeba na kolejne trudne dni samotnej wędrówki.

DZIEŃ 5. GROSSWEISMANNSDORF-SCHORNDORF

Start-8.30, Stop-19.00,
Dystans-147km, Czas jazdy-6h18min.,

Średnia prędkość-23,32km/h, maks.-67km/h

Sen był błogi, chodź krotki.7 rano-pora wstawać. Po porannych czynnościach udaje sie na dół do kuchni, gdzie czekają juz na mnie domownicy głodni kolejnych opowieści z tras. Carolin pozostaje z nami najkrócej, za chwilę musi iść do pracy. Jej rodzice mają wolne, wiec pogaworzymy nieco dłużej. Zostaje wyprowiantowany na drogę stosownymi bułeczkami, czekoladą, bananami. Moje docelowe miejsca na dziś to; Ansbach, Crailsheim, Gaildorf, Welzheim. Wszystkie one dobrze mi znane z minionych wypraw. Dziś wiatr ma dwa oblicza. Z jednej strony jest moim sprzymierzeńcem, wiejąc z dużą mocą skutecznie przegania chmury zapobiegając opadom deszczu. Z drugiej zaś wieje mi prosto w twarz, czym skutecznie ogranicza moje szybkościowe osiągi na terenie płaskim do ledwie 22-24km/h. Jakby na niedomiar złego dzieje sie potem dokładnie to samo w trudnej-górskiej scenerii. Pierwszy dziś prawdziwy test nogi ma miejsce przy wyjeździe z miejscowości Gaildorf. 5km Góra przypomina mi nieco alpejskie wspinaczki, jednak swa znikomą długością nie nastręcza zbyt wielkich problemów. Po drodze dwa 20min. przystanki, podczas których delektuje sie okoliczną przyroda i zmieniającym sie krajobrazem.

Potem zjazd do miejscowości Welzheim. Wielka to frajda móc jechać z prędkością 70km/h. W międzyczasie, jak co dzień, problemy z właściwym kierunkiem jazdy. Mapa nie pokrywa sie z rzeczywistością. Nawet napotkany rodak nie jest w stanie mi pomóc. W końcu wciskam buty w zatrzaski i mknę do miejscowości Schorndorf. Tym razem korzystam ze ścieżki rowerowej, co nie zdarza mi sie często. Wszak drogi dla rowerów często zbaczają od drogi głównej, a przejście z jednej w drugą potrafi wybić z rowerowego rytmu. Kolejny już raz szczęście uśmiecha sie do mnie. Przypadkowy przechodzień zapytany przeze mnie o drogę do miejscowości Nurtingen, w odpowiedzi proponuje mi gościnę we własnym domu. Oczywiście przystaje na to. Jak życie pokaże dziś jeszcze przede mną smaczna kolacji (sznycel i surówki) w urokliwej restauracji, przechadzka pięknymi zabytkowymi uliczkami miasta, przejażdżka rowerem miejskim oraz ciekawe relacje interpersonalne z Panem i jego urocza małżonką. A noc jak zawsze pod znakiem głębokiego snu.

DZIEŃ 6. SCHORNDORF-VILLINGEN

Start-9.15, Stop-20.30,
Dystans-176km, Czas jazdy-8h22min.,

Średnia prędkość-20,98km/h, maks.-61km/h

Wietrznej opowieści ciąg dalszy! Ale po kolei! Wstaje o 6.30.Na dole w kuchni czeka już na mnie wykwintne śniadanko i dwoje domowników przy stole. Zaspokajam głód ciemnym pieczywem, dżemem, miodem, jogurtem, owocami. Około 9.00 wraz z gospodarzem wyruszam w swoją dalsza drogę. Odprowadza mnie na odcinku 3 kilometrów do rozjazdu dróg. Żegnamy sie wpadając sobie w ramiona. Błyskawicznie znajduje swój rytm jazdy. Teren obfituje dziś w górki. Od takiej tez zaczynam. To 5km wspinaczka, podczas której nie przekraczam 14km/h. Jednak czuję mocną nogę.

Przychodzi tez czas rozluźnienia na zjazdach. Moja racja żywieniowa pobrana z domu życzliwych ludzi wystarcza na 5 godzin czystej jazdy. Kolejny raz przekonuje sie o niedokładnej mapie, którą posiadam. Myślę o zakupie Atlasu Europy, tak by na przyszłość mięć wszystko w jednym dokładnym zbiorze. Drogowskazem dziś są miejscowości: Tubingen, Rottweil, Schwenningen,Villingen.W ostatniej z nich pojawiam sie blisko zmroku. Młody rowerzysta osobiście wskazuje mi drogę do hotelu młodzieżowego, w którym w cenie 25 euro mam nocleg ze śniadaniem. Moje myśli wybiegają juz jednak w kierunku alpejskiej Szwajcarii, w której to mam zamiar przywitać jakąś przełęcz powyżej 2000m n.p.m.

DZIEŃ 7. VILLINGEN-AU (SZWAJCARIA)

Start-9.30, Stop-18.45,
Dystans-147km, Czas jazdy-6h57min.,

Średnia prędkość-21,03km/h, maks.-77km/h

Wstaje o 7.30. Za oknem piękna aura, aż chce sie poczuć jej bryzę na sobie. Śniadanie o 8, a o 9 wyjazd z miasta. Tuz przed okazuje sie, ze prawie nie mam powietrza w przednim kole. Naprawa awarii zajmuje mi 20 min. Wszak nie łatwo wpompować mi ponad 100PSI do dętki. W końcu w pedałach! A dziś do przemierzenia odcinki: Donaeuschingen, Bullach. Nieszczęśliwie dla mnie jest niedziela, wiec wszystkie markety pozamykane. Zmuszony jestem posilać się w przydrożnych stacjach benzynowych, co więcej kosztuję. Uczucie ciepła zakłóca wiatr. Około południa przekraczam granice Niemiecko-Szwajcarską. Malownicze pejzaże nakazują spoglądać w ich stronę. Na szczęście mogę. Stan dróg bardzo dobry. Około 16.00 melduje sie w Zurichu. Nie mam czasu na zwiedzanie. Wyjazd z miasta to dla mnie niełatwe przeżycie. Ile jeszcze czasu upłynie zanim stąd wyjadę?, Dlaczego kręcę się wkoło?, Czy ktoś wreszcie pokieruje mnie właściwie? - to tylko niektóre pytania jakie w myślach sobie stawiam.  Opinie pytanych przechodniów o drogę w kierunku miejscowości Altdorf są sprzeczne, stąd tak wiele czasu straconego na poszukiwanie właściwej drogi.

W końcu wyjeżdżam! Jednak po godzinie wiem już, ze musze kolejny raz zweryfikować swoje zamierzenia. Dojeżdżam juz tylko do  miejscowości Au (najkrótsza nazwa z jaką sie spotkałem). Znaleźć tu tani nocleg to nie lada sztuka. Wszystko zaczyna sie od 90euro.Jednak napotkana kobieta podejmuje mnie gościną. I kolejny raz przekonuje sie o ludzkiej dobroci próbując dociec jej przyczyny. Czy naprawdę tak dobrze z oczu mi patrzy?- mówie do siebie w myślach. Bardzo religijna Pani nasze spotkanie analizuje pod katem duchowym. I taki punkt widzenia bardzo szanuję. Jest też 12 letni synek Stefan, który z zaciekawieniem ogląda moją internetową stronę. Wybiła 22.30.Pora spać!

DZIEŃ 8. AU-WASSEN

Start-9.00, Stop-18.45,
Dystans-119km, Czas jazdy-5h55min.,

Średnia prędkość-20km/h, maks.-65km/h

To był dzień, który zapamiętam na zawsze! Ale od początku! Po smacznym i bogatym w kalorie śniadaniu, około 9.30 wyruszam. Nie mogę jeszcze wówczas przypuszczać, ze nie będzie mi dziś dane spotkać sie ze swoim Przyjacielem, co założyłem w swoich przedwyjazdowych rozpiskach. Kolejny raz zmagam sie z awarią przedniego koła.Wentyl wypada, a zapasowa dętka nie pasuje. Dopiero o 10.00 rozpoczynam regularną jazdę. Jadę luźno, nie patrząc na licznik. Wiem, ze około 10.45 połączy sie ze mną Andrzej Winiszewski z Radio Zachód. Bedzie to relacja na żywo. Póki co walka-5 kilometrów do góry. Widok górzystych łąk-nie dla mnie. Co rusz wstaję w pedała. 80-90 obrotów korbą na minutę. Serducho do gardła podchodzi, bije 170 razy na minutę. Na szczycie spotykam ciekawego człowieka. Sprzedaje kurczaki w okolicznej budce. Jednak po kilku zdaniach wnioskuje, że jest zorientowany w europejskich stronach. Sam musiał wiele podróżować-przyznaję. Wreszcie sygnał połączenia! Napięcie rośnie, jestem na żywo! Dziennikarz w ciekawy sposób prowadzi rozmowę. Jej całość  zamyka sie w 3minutach, w czasie których mówię o własnym zdrowiu, samopoczuciu, bezpieczeństwie na drodze, gościnie ludzkiej, wartościach przyrodniczych, relacjach międzyludzkich. Dziś wypijam tylko 3 litry płynów (6 bidonów kolarskich),co zważywszy na upał jaki panuje nie jest zbyt dużą ilością. Jadąc przez miejscowość Wassen dostrzegam znak SUSTENPASS-16km. Bez chwili namysłu postanawiam pozostawić bagaże u dobrej gospodyni i wyruszyć na spotkanie z pierwszą prawdziwie alpejską przełęczą. Nadchodzi czas próby. 16 km w mozolnym trudzie. Prędkość 10-14km/h. Krajobraz bajkowy: strzeliste szczyty, zielone pastwiska, wykute w skałach tunele. O zgrozo , jak daleko od domu-powtarzam w myślach.Już na szczycie. Stamtąd dobiega mróz niczym w alpejską zimę. Wiatr szaleje. Przewraca mi sie oparty o skałę rower, a aparat wypada na urwiste kamieniste zbocze. Bez konsekwencji, bo przezornie zawsze trzymam go w futerale. Po chwili wykonuję całą serie zdjęć. Po 20minutach zjeżdżam w szaleńczym tempie z prędkością 60-70km/h. Nocleg znajduje nieopodal. Na miejscu dwoje szwedzkich podróżników wyraźnie mną zaciekawionych. Szykuje się ciekawy wieczór  i intrygująca rozmowa.

DZIEŃ 9. WASSEN-NOVARA (WŁOCHY)

Start-8.30, Stop-21.00,
Dystans-160km, Czas jazdy-7h41min.,

Średnia prędkość-20,75km/h, maks.-67km/h

Cały dzień w słonecznej aurze. Ale po kolei! Pobudka o 7.00 i tuż przed 8.00 przekręcam obrót korby. Dziś wyjątkowo bez śniadania. Brak podstawowych wartości energetycznych w organizmie odczuwam dobitnie od samego początku. Droga od razu wiedzie mnie pod górę, pod wielkiego olbrzyma, jakim jest góra St. Gotthard Pass-2091m n.p.m. To szczyt leżący na pograniczu Szwajcarii i Włoch. Na trasie kilka poważnych kryzysów. Myśli typu: zatrzymaj się, odpocznij, usiądź na chwilę. I nawet baton energetyczny nie specjalnie mi pomaga. Chwilami jazda zakosami. Najtrudniejsze 10% nachylenia. Krzycząc do boju walcz-motywuję się nie raz.Dopiero z chwilą wyprzedzenia grupki turystów wzrasta poziom wiary we własne siły i motywacji. W końcu po wielokilometrowej wspinaczce docieram na szczyt. Zmęczony, jednak szczęśliwy. Zatrzymując się na moment dokumentuję piękno otaczającego mnie krajobrazu. Dookoła zielone polany w otoczeniu strzelistych-skalnych kompozycji. Widok zapierający dech w piersiach.

Przychodzi czas zjazdów! Kręte, szybkie odcinki pokonuję z prędkością 60-75km/h. Po kilkunastu przejechanych serpentynach moją uwagę przykuwa wyjątkowo bajkowy widok. Jest to wijąca się niczym wąż droga wielu zakrętów, prowadzona pod górę, przypominająca asfaltowe schody. Całość wkomponowana w pejzaż skalistych szczytów, u podnóża których wyrastają drzewa. Moja wrażliwa dusza chłonie te obrazy niczym gąbka. Na terytorium Włoch kieruję się w stronę miejscowości Bellinzona, Lugano, Varese. Po 30km zjazdu teren płaski, jednak 5km przed Lugano rozpoczynam piekielny podjazd, który swą stromizną przypomina  mi najtrudniejsze, alpejskie  odcinki.

Przed zmrokiem docieram do miasta Novara, gdzie oczekuje już na mnie Przyjaciel Elio z rodziną. I już po chwili zasiadamy do wspólnego, suto zastawionego stołu, ciesząc się tym wyczekiwanym od dawna spotkaniem. Piękne chwile w gronie najbliższych dodają sił.

DZIEŃ 10. DZIEŃ ODPOCZYNKU

Budzi mnie piękna koleżanka Edyta. Śniadanie około 10.00.Potem archiwizacja zdjęć. Około południa wyjeżdżam wraz z Elio w miasto celem zakupienia Atlasu Europy i kilku akcesoriów rowerowych. Jest też kilka rzeczy do zrobienia przy rowerze: regulacja przerzutek, montaż czujnika oraz licznika. Elio pokazuje mi studio fotograficzne syna Allessandro. Miejsce robi na mnie wrażenie tym większe, gdy dowiaduje sie ,ze bywają tu gwiazdy kolarskiego peletonu, takie jak Paolo Bettini. Następnie poznaje mamę Elio. Wieczorem kolacja w najlepszej pizzeri, w towarzystwie Claudi, Alessandro, Alice. Podejmujemy ciekawą rozmowę o kulturze i włoskich obyczajach. Około 21.00 odwiedzam dom Alessandro i Alice. Tam relaksuje sie grając w komputerowe kręgle. Około 22.30 powrót do domu. Studiowanie mapy na kolejne dni  wypełnia mój czas przed spaniem.

DZIEŃ 11. NOVARA-CUNEO

Start-9.00, Stop-19.30,
Dystans-200km, Czas jazdy-7h50min., 

Średnia prędkość-25,15km/h, maks.-60km/h

To był najszybszy a zarazem najdłuższy z dotychczasowych dni. Ale po kolei! Wyjazd o 9.30.Ciemne chmury nade mną. Deszcz w powietrzu zawisł. Wzniesień niewiele, nie przekraczają 3km.Posilam sie czekoladą, bananami, morelami, sucharami. Wspomagam sie także izotonicznymi napojami. Do 70 kilometra wiatr znikomy, nie utrudnia mi jazdy. Trzy 15min. przystanki na trasie, w czasie których poza spożywaniem pokarmów pisze kilka sms do najbliższych, rozciągam mięsnie nóg.

Do przebycia droga ukierunkowana na miasta: Vercelli, Asti, Alba, Cuneo. Odcinkami spore natężenie ruchu i wynikające z niego zagrożenie mojego bezpieczeństwa na drodze. Dwukrotnie gubię właściwy tor jazdy, raz odwiedzam autostradę (jak dobrze ze policja sie w to nie włącza). Życzliwi ludzie pomagają: uzupełniają wodą moje bidony, wskazują kierunki dalszej jazdy. Temperatura 28 stopni. Jedzie mi sie znakomicie. Noga mocna. Rower po przeglądzie spisuje sie doprawdy znakomicie. Na koniec dnia okaże sie, ze zanotuję najwyższą średnią prędkość tj. ponad 25km/h. Brawo! Swoje zmaganie kończę dziś w miejscowości Confreria. Odnajduje pensjonat, w którym sympatyczny człowiek-widać rowerzysta-pomaga mi wyczyścić łańcuch w rowerze. Proponuje niższą cenę za nocleg. Warunki bytowe znakomite. Po kąpieli i uzupełnieniu dziennika podroży pora spać.

DZIEŃ 12. CUNEO-NICEA (FRANCJA)

Start-9.00, Stop-18.30, 
Dystans-144km, Czas jazdy-7h11min., 

Średnia prędkość-20km/h, maks.-66km/h

Najwcześniejszy z dotychczasowych wyjazd-7.30.Od razu wzniesienia. Jednak najtrudniejsze dopiero przede mną Col di Tenda. Szczyt zdobywam jadąc między 11 a 15km/h. Do ukochanej Francji zaprowadza mnie 3 kilometrowy tunel. Rowerem nie wolno. Jednak na własną odpowiedzialność ryzykuję, łamie zakaz widząc znikomy ruch samochodowy. Podążam w kierunku miejscowości Sospel stromym i krętym podjazdem. W ostatniej jego fazie nachylenie 13%.Ale za to jakie widoki ze szczytu! Okazały drzewostan wkomponowany w piętrzące się szczyty, morze zieleni, pasące się owce, dzwoneczkami alarmują niejednego przechodnia. Uwrażliwia sie moja dusza.

Potem zjazdy do miasta Menton.I od tego momentu najpiękniejsze! Rozpoczynam jazdę wzdłuż wybrzeża Morza Śródziemnego. Urokliwe miasta i miasteczka w otoczeniu falującej, przejrzystej wody, kawiarenek, barów, sklepików, hoteli i ludzi którzy za niczym nie gonią (chyba urlopowicze). Dokumentacja filmowo-zdjęciowa na bieżąco. Po 30min. przystanku pora wskoczyć na wyższe obroty i ukierunkować sie na Nicee. Potężny ruch samochodowy wyklucza szybka jazdę. Jadę wokół wielkiej góry. Mam wrażenie, że to sie nie skonczy.13km/h jest moim sukcesem. Na drodze kolejni kolarze. Niektórych mijam, a oni przecież bez bagażu, chyba treningowo traktują ten podjazd-powtarzam w myślach. I takie momenty budują moja psychikę. Wiem, ze jestem dobrze przygotowany na wysokogórskie potyczki. Dzień zakończę w schronisku młodzieżowym w przystępnej cenie. Tam nawiązuję ciekawy dialog z niejednym podróżnikiem.

DZIEŃ 13. NICEA-BARJOLS

Start-8.45, Stop-19.40, 
Dystans-163km, Czas jazdy-7h50min., 

Średnia prędkość-20,81km/h, maks.-56km/h

Dziś w pedałach od 9.00. Opoźnienie powstałe w wyniku wymiany dętki w przednim kole. Teraz juz musi być dobrze - Myślę sobie! Do 70km teren górzysty. A kiedy teren juz sie wyplaszcza i chciałoby się mocniej depnąć-nic z tego. Wiatr skutecznie podcina mi skrzydła. Zagubień kierunków niewiele. Pomocni przechodnie na drodze. Drogowskazem są miejscowości: Grasse, Draguignan, Barjols. W końcówce dnia dopadają mnie problemy żołądkowe, w związku z czym zmuszony jestem zakończyć swą jazdę na 163 kilometrze. W ostatniej z wymienionych miejscowości odnajduje hotel. Negocjuje cenę zbijając ją do poziomu 30 euro (jednak bez śniadania).

DZIEŃ 14. BARJOLS-CARPENTRAS

Start-8.15, Stop-19.15, 
Dystans-144km, 
Czas jazdy-6h00min., 
Średnia prędkość-24km/h, maks.-57km/h

Dzień niezmiernie ciekawy, którego finał zadziwił mnie wielce!

Ale od początku! O 6.30 pobudka, wyjazd z hotelu o 7.45. Zakupy w przydrożnym straganie i jeszcze chwila na układanie scenariusza dnia w głowie. I w drogę! Teren pofałdowany. Obieram kierunki: Rains ,Apt ,Carpentras . W dniu następnym spróbuję wspiąć sie na Olbrzyma Prowansji słynna Górę Wiatrów MONT VENTOUX.

Od miasta Apt wiatr przybiera na sile. I noga juz tak nie kręci. W międzyczasie telefon od Taty. Pyta o zdrowie i warunki pogodowe. Uspokajam Go słowami wygram to. Zbliżam sie do miasta Carpentras ,w którym mam zakończyć dzisiejsze zmagania. Na 10km przed miejscowością poznaje ciekawego człowieka, o imieniu Michel, którego zaciekawiam tak, że proponuje mi nocleg u siebie w domu. Cały szczęśliwy juz wiem, że scenariusz dnia kolejnego z pewnością zrealizuje. Jest pora kolacji. Na stole chlebek własnego wypieku-palce lizać. Poznaje małżonkę Sylwii. Domownicy dociekają genezy mojej pasji, nurtuje ich mój każdy dzień  podróży, pytają: Ile pokonujesz kilometrów codziennie?, Skąd czerpiesz siły na wysokogórskie potyczki?, Co na to twoi rodzice? Ile to kosztuje? Odpowiedzi możliwie wyczerpujące, myślę satysfakcjonujące. Dochodzi 23.00, pora do łóżeczka!

DZIEŃ 15. CARPENTRAS-MONT VENTOUX-CARPENTRAS

Start-9.30, Stop-14.30, 
Dystans-70km, Czas jazdy-3h30min., 

Średnia prędkość-20km/h, maks.-77km/h

Pobudka o 7.00. Na śniadanie jogurt i chlebek oczywiście. Ogarniam sie w godzinę. Od 9.00 wyruszam na podbójGóry Wiatrów, słynnej MONT VENTOUX-1912m n.p.m.. Po drodze mijam wielu śmiałków, pewnie okolicznych mieszkańców, ale jest i kilku turystów zmagających sie z przełęczą z bagażem kilkunastu kilogramów. Start z miejscowości Bedoin. Niestety, nie w pełni szczęśliwy. Upadam nie mogąc wyczepić buta z zatrzasku. Na szczęście kontroluje ciało w pełni, nic złego sie nie dzieje, chociaż sakwa tylna uderza o asfalt. W niej drogi sprzęt. W obawie o kamerę sprawdzam jej działanie. Bez zarzutu! Pierwsze 6km Olbrzyma stosunkowo łatwe, o nachyleniu 4%. Potem kolejnych 10 to prawdziwe piekło. nachylenie średnie 8,5% i stromizna trzyma. Nie ma chwili oddechu. Oczy pieką zlane potem. Reguluję oddech. Tętno 170-185 na minutę. Kolejny dogoniony turysta. A przede mną setki miłośników bicykla zmagających się z górą i własnymi słabościami. Wyprzedza mnie ktoś. Jedziemy razem. Niedługo zdołam w tym rytmie. Spływam widząc tylko jego plecy.

Około 10.45 zmuszony jestem zatrzymać się (czego nie zwykłem czynić jadąc pod gore). Andrzej Winiszewski zgłasza sie w kolejnym łączeniu radiowym. 5 minutowa rozmowa podbudowuje moje morale, motywuje do dalszego wzmożonego wysiłku. I ponownie w pedałach! Wreszcie na 5km przed szczytem wyjeżdżam z lasu. Przede mną rysuje sie prawdziwy majestat boskiego stworzenia. Pustynny kolor skał niczym nie przykrytych i piękne niebo okalające całość.

Widzę ludzka walkę na trasie. Niektórzy jadą zakosami, inni z kolei prowadzą  rower. Ja mówię sobie: Jesteśsilny siłą wielu. To stwierdzenie zwykłem powtarzać w kryzysowych chwilach.. Na ostatnich 3 kilometrach podążam z hiszpańskim kolegą. Żona dopinguje go jadąc w pobliżu samochodem. W końcu jestem na szczycie! Łezka w oku, chwile wzruszeń i sesja zdjęciowo-filmowa. Sympatyczny kolega filmuje mnie.  Na szczycie spędzam 30min.Potem zjazdy do bazy. A w domu opowieści wiele, archiwizacja zdjęć, obiad i kolacja, a także relacje z rodziną, którą informuje o szczegółach tego wyjątkowego dnia.

DZIEŃ 16. CARPENTRAS-LAROQUE

Start- 10.00, Stop-19.30, 
Dystans-160km, Czas jazdy-6h40min., 

Średnia prędkość-24km/h, maks.-53km/h

Wciąż jeszcze znajduje sie pod wpływem wczorajszych przeżyć. Kolejne dziecięce marzenie spełnione. Odtwarzam z głowy obrazy piękna jakiego doznawałem. Około 10.00 zegnam sie ze swym Przyjacielem podążając w kierunku miast: Orange ,Ales, Ganges. Do 100km wiatr delikatny, to i zadowolenie pełne z szybkości jazdy. Potem juz tylko gorzej. Zakupy w markecie-jak co dzień. Teren pagórkowaty z niewielkimi podjazdami.

W końcu po 160km w malej miejscowości Laroque napotykam na małżeństwo. Pan ucieszony spotkaniem proponuje gościnę. Ja wzruszony przystaje na to. I po kąpieli zasiadam do stołu. A kolacja jedna ze smaczniejszych w moim podróżniczym życiu. I chociaż nie możemy we wszystkim sie porozumieć, bo dzieli nas bariera językowa, to myślę, że wszyscy jesteśmy szczęśliwi, ciesząc sie chwilą. Jutro wszak kolejny ciekawy dzień! Co przyniesie? Na szczęście nie mogę tego wiedzieć.

DZIEŃ 17. LAROQUE-MAZAMET

Start-9.15, Stop-19.00, 
Dystans-170km, Czas jazdy-7h30min., 

Średnia prędkość-22,60km/h, maks.-52km/h

Budzę sie na raty, w końcu okolo7.30 definitywnie. Spotkanie z domownikami i smaczne śniadanko, w czasie którego robię sobie zimne okłady na kolana. Około 9.30 w drogę! Pierwsze 30km do znudzenia przypomina polskie realia. Wszak nawierzchnia drogi bardzo zła. W tym fragmencie sukcesem jest osiąganie prędkości 24km/h. Później wreszcie powrót do europejskiej rzeczywistości tj. dobrej drogi i szybszej jazdy. Teren pagórkowaty. Ludzie życzliwi wskazują właściwą drogę, uzupełniają bidony.

Dziś w kierunku: St.Guilhem-le-Desert, Bedarieux, St. Pons-de Thomieres, Mazamet..Celem jest maksymalne zbliżenie się do Tuluzy. Do 80km wiatr nie zakłóca moich poczynań. W tym czasie warunki pogodowe dobre, temperatura 24 stopnie i słonecznie. Po 15.00 diametralna zmiana na niekorzyść. Wiatr boczny spycha mnie do środka jezdni. Mimo przeciwności myślę pozytywnie, jadąc na lekkim przełożeniu. W ten sposób nie narażam kolan na znaczne obciążenia. W międzyczasie psuje mi sie licznik, jednak mając doświadczenie mogę w przybliżeniu określić swą prędkość.

Dochodzi 19.30!Pora zakończyć dzisiejsze zmagania. Pierwszą napotkaną Panią pytam o tani nocleg. Miła kobieta o imieniu Catherine  proponuje pobyt we własnym domu. Jestem szczęśliwy. I po kolei: kąpiel, smaczna kolacja, w jej trakcie rozmowa o moich podróżach. W powietrzu rodzinna atmosfera. Czuję sie niemal jak u siebie w domu.

DZIEŃ 18. MAZAMET - LABARTHE-INARD

Start-8.45, Stop-20.15,
Dystans-203km, Czas jazdy-9h00min., 

Średnia prędkość-22,55km/h, maks.-60km/h

To był doprawdy dobry dzień. Ale po kolei! Pobudka o 6.45,sniadanie bogate w kalorie, przy którym odbywam przemiłą rozmowę z Panią Catherine. Wybiła 9.00! Pora sie żegnać! Pogoda niezbyt optymistyczna-ciemne chmury nade mną. Wyruszam w kierunku: Revel, Auterive, Rieux, Cazares. Dziś wszystkie kierunki odnajduje sam, co znacznie przyspiesza moje poczynania. Teren górzysty. Jazda ekonomiczna, nie przeciążam kolan, używając lekkich przełożeń w rowerze. Trzy przystanki, po 20min każdy. Po drodze jak niemal co dzień zakupy w markecie. Za cel postawiłem dziś sobie maksymalne zbliżenie sie do miasta Lannemezan.

Lewe kolano od czasu do czasu kłuje mnie, jednak nie na tyle by blokować  jazdę. Myśli w głowie mówią jedno:Podbój Pirenejskich SzczytówCzy jestem na to gotowy? Tak, bo zapracowałem sobie na owo spełnienie ciężką pracą i litrami wylanego potu. Za metę odcinka obieram sobie urokliwą wioskę Labarthe-Inard. W przydrożnym domu pytam sympatyczną Panią o tani nocleg w pobliżu. Ona nie dość, że zawozi mnie na miejsce (pensjonat) to jeszcze chce zapłacić za mój jednodniowy pobyt. Jest mi nieco niezręcznie, jednak nie odmawiam. Dziękuję Jej z całego serca wręczając swą wizytówkę. W owym pensjonacie życzliwi ludzie. Małżeństwo w średnim wieku i 18 letnia córka. Jem smaczną kolację, a potem zapadam w błogi sen.

DZIEŃ 19. LABARTHE-INARD – ST.LARY SOULAN – LABARTHE INARD

Start-9.00 Stop-20.15, 
Dystans-175km, Czas jazdy-8h25min., 

Średnia prędkość-20,80km/h, maks.-70km/h

Dzień 11 września 2009 zapamiętam do końca życia. A przedstawiał się on tak: Pobudka o 6.45, pyszne śniadanie bogate w kalorie: bułki słodkie, dżem, miód, banan, jogurt. Około 8.45 wyjeżdżam na trasę. Niestety od razu z problemami. Walczę ze sporym kryzysem, przeżywając fizyczną niemoc. To żołądek, który nie trawi dziś należycie.  I kolejny raz determinuje sie krzycząc na siebie. Pomaga! Miejscem, z którego mam rozpocząć wysokogórskie zmagania jest miasto Arreau. Stad wiele dróg wiedzie na znane mi z Tour de France przełęcze, takie jak: Col de Peyresourde, Col d’Aspin.

Spoglądam na zegarek, dochodzi 13.00.Uznaje,ze moje pierwotne założenia nie mogą zostać zrealizowane i dziś już nie przemierzę Przełęczy Col du Tourmalet. Jednak nie deprymuje się tym. Najważniejsze by być tam, gdzie w 1993 roku wygrywał etap Tour de France nasz wybitny Zenon Jaskuła (pokonując tuzy światowego kolarstwa w osobach Toni Romingera i Miguel Induraina). I wreszcie około 13.15 rozpoczynam piekielną wspinaczkę na przełęcz Pla d’Adet. Podjazd długości 10km o średnim nachyleniu 8%. Pierwsze strome kilometry. Brak tchu. Osłabienie blokujące jazdę. Próby odbudowania poziomu motywacji. Tablica oznajmująca 7km do szczytu.Niemożliwe-krzyczę. Czuję się wyczerpany, tak jak po niejednej dwudziestokilometrowej wspinaczce.  W połowie podjazdu poznaję kobietę z Belgii, która stojąc na poboczu drogi dopinguje swojego męża, który niebawem przejedzie tędy na szosówce. Owa Pani godzi sie zrobić mi kilka zdjęć i filmów, które z pewnością znajdą sie na mojej stronie internetowej. Właśnie przejechał Jej kolarz! Zatem ja na rower, Pani w samochód i wszyscy przed siebie-na szczyt przełęczy Pla d’Adet-1680m n.p.m. W ostatnim fragmencie trasy, na odcinku 3km góra odpuszcza. Nachylenie 7% i nogi, które lepiej pracują. Wreszcie na szczycie! Spełniony, z łezką w oku rozmyślam o swojej kształtowanej co dnia osobowości. To niebywałe, ze przypadkowy przechodzień pytający skąd jestem i jak tu dotarłem, jest w stanie wskazać mi miejsce, w którym w 1993 roku, na etapie Tour de Franceatakował  Zenon Jaskuła, w drodze po swoje historyczne zwycięstwo. Duma mnie rozpiera. Po chwili zbliżam sie do belgijskiego małżeństwa. Rozmawiamy głównie o mnie. Temat przewodni: W jaki sposób przemierzam taki dystans w pojedynkę? Na zakończenie ciekawej rozmowy serdeczne uściski dłoni i najlepsze życzenia na dalszą podróż. Później zasiadam na ławeczce, cieszę się atmosferą i pięknem krajobrazu, który na zawsze zapamiętam. Dookoła mnie górujące skalne kolosy, zielone polany, zagajniki leśne, a pośród tego pasące się owce, dźwięcznie alarmujące o swoim istnieniu. Aura łaskawa sprawia, że mogę dostrzec wierzchołki wielu szczytów tak często oglądane w relacjach z Tour de France. Są i inni turyści. To międzynarodowe towarzystwo. Słyszę głosy włoskie, hiszpańskie, niemieckie. Czuję sie w pełni Europejczykiem. Po godzinie spędzonej w szczególnej atmosferze i scenerii pora zjeżdżać. Wszak jeszcze ponad 80km do przebycia. Zatem jadę i odtwarzam z głowy najpiękniejsze przeżycia dnia dzisiejszego. Kolejne łzy cisną mi sie na twarz. Do pensjonatu docieram około 20.00, gdzie czeka już na mnie smaczna kolacja i ciekawi ludzie, żądni moich opowieści. A doprawdy jest o czym mówić.

DZIEŃ 20. LABARTHE-INARD – LOURDES – LABARTHE-INARD

Start-7.45, Stop-22.30, 
Dystans-250km, Czas jazdy-11h00min., 

Średnia prędkość-22,72km/h, maks.-73km/h

To był najtrudniejszy dzień mojego dotychczasowego rowerowego bytu. A przedstawiał sie tak: Wczesny wyjazd-około 7.40. Jadę wolny niczym ptak, wszak bagaże pozostawione w pokoju. W założeniach wspinaczka na słynną Col du Tourmalet.. Jazda luźna z prędkością 25km/h. Teren jeszcze plaski. Po drodze zakupuje banany i czekoladę. Dzięki nim mój wydatek energetyczny będzie większy. I kolejny raz kieruje się do miasta Arreau ,skąd przyjdzie mi stoczyć bitwę z Przełęczą Col d’Aspin-1489m n.p.m. U podnóża góry krótka relacja filmowo-zdjęciowa. A w kamerze moc baterii na 10min. nagrania. Targa mną uczucie frustracji, że też dnia poprzedniego nie sprawdziłem tego. Otrząsam sie po chwili mobilizując słowami: nie to jest najważniejsze człowieku. I wpadam w dobry rytm jazdy. Prędkość 12-14km/h. W tym fragmencie stromizna góry na poziomie 6-7% nachylenia.

A później prawdziwe schody, ale jestem gotów je przejść .Na ostatnim 3- kilometrowym odcinku góra pokazuje swoje prawdziwe oblicze. 8-8,5% nachylenia i walka o każdy metr przebytego terenu. Staram sie wyregulować oddech. Po drodze mijam kolejnych śmiałków. Jeden obładowany przypomina mi siebie samego z Wyprawy naTour de France 2005.Wreszcie na szczycie! Refleksja krótka i spotkanie z kolarzami z Hiszpanii, którzy chętnie zrobią sobie ze mną zdjęcie. Proponują nawet wspólne piwko. Jednak grzecznie odmawiam mówiąc o swoim celu głównym. Wszak wciąż przede mną wspinaczka na Col du Tourmalet. Po zjazdach i 15min. przerwie na posiłek, w miejscowości Campan rozpoczynam samotną batalie o zwycięstwo na legendarnej przeleczy Col du Lamongie iCol du Tourmalet. Na tej pierwszej w 2002 rok wygrywał etap Tour de France mój idol Lance Armstrong. Idąc w jego ślady postanawiam zwyciężyć dla siebie samego. Podjazd bardzo wymagający. Nie ma chwili wytchnienia,17km górska wędrówka o nachyleniu średnim 7,9% weryfikuje moje przygotowanie.

Dzielnie stawiam czoła wyzwaniu, mając jednak dwa poważne kryzysy, które chwieją moją motywacją. W oddali sylwetka. To starszy człowiek jadący całą szerokością drogi. Wspaniała walka. Co chwila wstaje w pedała. Kręcikombinacją obrotów korby 1-1. Doganiam bohatera. Gestem okazuję swój szacunek. I kryzys mija. Na 4km przed szczytem osiągam przełęcz Col du Lamongie. Tam chwila wytchnienia, zakup kartek pocztowych i kształtowanie silnej woli na najtrudniejszy fragment góry. I stało sie! Po 2 godzinach morderczej walki osiągam szczyt legendy Pirenejów Col  du Tourmalet-2115m n.p.m. Załamanie pogody: wietrznie i deszczowo. Krótki filmik, kilka zdjęć i w niebezpiecznej scenerii i pora rozpocząć zjazdy, które mają mnie doprowadzić do miasta Luz St.Sauveur, ukierunkowując na słynne Lourdes. Przestaje padać. Około 18.00 docieram do celu. Cieszę sie chwilą bycia w świętym miejscu.

Reflektuje sie siedząc na ławce. Spoglądam na ludzi i na okalające mnie piękne miejsca. Po niespełna godzinie musze rozpocząć powrót do mojej bazy. Na nieszczęście mam do przebycia 100km, a dochodzi 19.00. Już wiem, że przyjdzie mi dziś jechać po zmroku. Nie dysponuje światłami, a jedynie kamizelką odblaskową. Nie przewidziałem scenariusza jazdy po zmroku, popełniając poważny błąd. Mimo to znajduje właściwy rytm i pędzę przed siebie jak najszybciej potrafię. Około 21.00 zapadają ciemności. Wykorzystuje swe doświadczenie jadąc bliżej środka jezdni. Na szczęście ruchu prawie nie ma, więc mogę sobie na to pozwolić. Czasem przeraża mnie fakt poruszania sie w gęstwinie drzew. A jeśli coś wybiegnie mi pod koła-to mój wewnętrzny głos! Robie swoje! Na 20km przed metą pojawia sie uśmiech na twarzy. Nie zgubiłem drogi, jestem zdrowy, osiągnąłem życiowy sukces-to myśli przewodnie. Około 23.00 melduje sie w domu. Domownicy zaniepokojeni, z troską wypytują o moje samopoczucie. Po kąpieli późna kolacja i błogi sen.

DZIEŃ 21. LABARTHE-INARD – ST.GAUDENS (ODPOCZYNEK)

Wstaję około 9.00 cały obolały. Po chwili wiem już, że dziś nie czas na dalsze potyczki. Nie mogąc pozostać w domu wyruszam w 13-kilometrową drogę do miasta St. Gaudens,  gdzie odnajduje tani pensjonat. Tam odbudowuje sie fizycznie leżąc w łóżku, pisząc kartki do najbliższych, czy wysyłając smsy. Wciąż jestem pod wpływem wczorajszych wydarzeń i emocjonalnych stanów, tak pięknych, choć zmiennych na przestrzeni dnia. Wewnętrzny głos podpowiada mi: Jesteś silny siłą wielu. Te słowa są niczym mantra. Bo zdaję sobie doskonale sprawę, że nie jestem sam-przecież wielu na mnie liczy. I czuje wewnętrzne  przekonanie, że nikogo nie zawiodę, zwłaszcza samego siebie. Dochodzi 22.00 -pora spać!

DZIEŃ 22. ST.GAUDENS-LUZENAC

Start- 8.15, Stop-20.45, 
Dystans-185km, Czas jazdy-9h, 

Średnia prędkość-20km/h, maks.-55km/h

Rozpoczął sie mój trzeci tydzień zmagań! Dziś planuje zdobyć dwie przełęcze: Col de Port d’Aspin oraz Col de Port. Rozpoczynam o 8.15. Kieruje sie do miast: Aspet, Massat,Tarascon. Po jakimś czasie zaczynam wspinaczkę na pierwszą górę. Początek podjazdu niezbyt trudny, jednak im wyżej tym trudniej. W połowie 10-kilometrowego odcinka przystaje na dłużej. To szczególne miejsce upamiętniające tragiczną śmierć włoskiego kolarza Fabio Casartelliego, który podczas Tour de France 1995 zginął tu, uderzając o kamienny murek. Spoglądając nań przypominam sobie sylwetkę wspaniałego kolarza-wojownika, nieustępliwego i głodnego sukcesów. To dla mnie czas refleksji i zadumy nad przemijaniem i kruchością ludzkiego bytu.

Odmawiam modlitwę i po chwili wyruszam w dalsza drogę. Po 20 min. zatrzymuje sie na poboczu drogi. Wszak dziś poniedziałek i kolejne łączenie z Andrzejem Winiszewskim z Radia Zachód, który jak zawsze zaproponuje ciekawą rozmowę. Nasza relacja opóźnia sie z powodu braku zasięgu. W końcu łączymy sie! Słuchacze jak zawsze dowiadują sie gdzie jestem, jak sie czuję, co zdobyłem, a co wciąż do zdobycia. Potem ostatnie 3 najtrudniejsze kilometry. Wreszcie na szczycie! Z łezką w oku dokumentuje te chwile. Poznaje niesamowitego człowieka. To niemiecki podróżnik Markus, który na specjalnym karbonowym rowerze przemierza dziennie 260km.Mam możliwość dosiąść tej kosmicznej maszyny za 7.000euro. Rzeczywiście niespełna 6kg wagi. Nawiązujemy ciekawy dialog, do którego włączają sie nowo poznani, także niemieccy koledzy. Postanawiamy uczcić spotkanie wspólnym obiadem w przydrożnym barze i podczas wspólnej godziny wymieniamy się doświadczeniami z trasy.

A potem każdy w swoją stronę. Markus niczym rakieta odleciał błyskawicznie. A ja w kierunku drugiej góry - Col de Port..Po niezbyt trudnych zjazdach rozpoczynam-jak się po chwili przekonam-łatwą wspinaczkę na szczyt. I kolejne zjazdy do miasta Tarascon. Na nich mam odpowiedni ubiór kolarski, czego wymaga psująca sie pogoda. Jest wietrznie i bardzo zimno. Po jakimś czasie uznaje, że miasto Aix-le-Thermes zdobędę już dnia następnego. Znajduje schronienie w urokliwej wiosce Luzenac u sympatycznego gospodarza. W sen zapadam o 23.00

DZIEŃ 23. LUZENAC-ANDORRA-L’HOSPITALET (HISZPANIA - FRANCJA)

Start-8.45, Stop-15.30, 
Dystans- 65km, Czas jazdy-2h50min., 

Średnia prędkość-22,97km/h, maks.-65km/h

Po przebyciu 3200 kilometrów docieram do celu samotnej podroży. Dziś zdobyłem Księstwo Andorry. A działo się to tak! Pobudka o 7.00, na śniadanie bułeczki z dżemem i miodem. Rowerowe zmagania od 8.00. Ukierunkowanie na miejscowość L’ Hospitalet, gdzie znajdę tanie schronienie. Jednak dopiero od 17.00. Nie mogąc czekać pozostawiam bagaż u życzliwej gospodyni, a sam pędzę na podbój Andorry. Droga wiedzie pod górę. Warunki pogodowe złe: lekki deszcz i przenikliwy wiatr. Dodatkowo spory ruch na drodze. Wreszcie na szczycie! Posilam sie sałatką ryżową, cieszę chwilą, dokumentuję swój pobyt serią zdjęć i filmów. Jednak wiem też, że do stolicy Andorry-Andorra la Vella-nie dojadę. Zbyt niebezpiecznie na drodze. Przewartościowuję zatem swoje cele, by po godzinie znaleźć się z powrotem w miejscu mojej dzisiejszej przystani. Tam błogi relaks i odbudowa energetyczna na kolejne dni. A sen będzie długi.

DZIEŃ 24. L’HOSPITALET-MAZAMET

Start-8.40, Stop-20.00, 
Dystans-165km, 
Czas jazdy-8h15min., 
Średnia prędkość-20km/h, maks.-67km/h

Poranek wita mnie chłodem i deszczem. W dodatku głowa mi pęka i czuje dreszcze na ciele. Wiem, że to symptomy przeziębienia. Motywuje sie energicznymi skłonami i ćwiczeniami rozciągającymi. Ciepło ubrany wyruszam w dół do Aix-le-Thermes. Dobrze, że mam rękawiczki na długie palce, inaczej miałbym odmrożone dłonie. I nadchodzi czas batalii z kolejna Górą Col de Chioula. To 10-kilometrowy, średnio wymagający odcinek o nachyleniu średnim 6,5%.Na szczyt docieram w dobrej kondycji. Piękne widoki dookoła i poznana ciekawa para niemieckich podróżników. Dzięki nim pojawiam sie na kilku zdjęciach, by po 20min. wyruszyć w dalsza drogę.

Teren wypłaszcza sie. Jednak jedzie mi sie ciężko. Mam wrażenie jakby ktoś trzymał mnie za tylne koło. Nadchodzi kryzys. Odbywam postój, po którym wcale nie czuje sie mocniejszy.40 kilometrów przed metą odcinka-miastem Mazamet rozpoczyna sie długi podjazd, którego trudy odczuwam już po 10km.Kolejny postój. Leżę na ławce w lesie zadając sobie jedno pytanie: Dlaczego ze mną tak źle, skoro stromizna góry niezbyt duża? Postanawiam jechać bez względu na wszystko. Sił dodaje mi wizja spotkania z uroczą Catherine, która wie o moim przyjeździe. W wyobraźni wizualizuję wspólną kolację i ciekawą rozmowę. Pomaga, bo po chwili jedzie mi się lepiej. Wreszcie zjazdy. Nie pamiętam bym kiedykolwiek tak cieszył się jadąc w dół. Tego mi było potrzeba. Około 20.00 pojawiam sie w Mazamet. A tam Catherine ściska mnie czule i zapoznaje ze swoją koleżanką. Po kąpieli zasiadam do suto zastawionego stołu na którym królują; pasta, zapiekanka serowa, omlet, tort jabłkowy Wszystko palce lizać. Tuż przed snem aktualizuję swój dziennik podróży.

DZIEŃ 25. MAZAMET-MAZAMET

Dzień przymusowego odpoczynku!

Wstaje o 7.00 cały obolały, wyziębiony. Trzęsę sie jak galareta. Po czynnościach toaletowych udaje sie do Catherine i pytam o możliwość pozostania jeszcze jeden dzień. Urocza Pani nie widzi przeciwwskazań. Ja uradowany od razu do łóżka. Śpię do 13.00. Następnie przygotowuje sobie obiad. Potem słucham muzyki i kontaktuje sie z najbliższymi. Około 18.00 do domu wchodzi mąż Catherine. Sympatyczny człowiek podejmuje rozmowę. Jest doprawdy zdumiony moimi osiągnięciami, szczerze podziwia moją drogę życiową. Około 20.00 do domu wchodzi gospodyni. Wspólnie zasiadamy do stołu. Przy smacznej kolacji rozmawiamy o obyczajach francusko-polskich, różnicach w obchodzeniu Świąt. Po posiłku czuję przypływ energii. To dobry omen na kolejne dni podróżniczych zmagań.

DZIEŃ 26. MAZAMET-LAROQUE

Start-10.30, Stop-20.15, 
Dystans-176km, Czas jazdy-7h44min., 

Średnia prędkość-22,76km/h, maks.-58km/h.

Pobudka o 7.00 rano, po 30min. śniadanie (suchary z dżemem i miodem). W drogę od 9.15. Jednak okazuje sie, że musze pozostać dłużej w mieście i wymienić opony. Znajduje sklep rowerowy. Serwisant dodatkowo naprawia licznik. To ważne, bo od ponad tygodnia jeżdżę bez pomiaru prędkości. Całość zamyka sie w kwocie 42euro. Od 10.30 szczęśliwe rozpoczęcie jazdy. I od razu jak po grudzie. Pod wiatr w terenie pagórkowatym. 23km/h to wszystko na co mnie stać. Na dziś kierunki: St. Pons-de-Thomieres, Bedarieux, St.Guilhem-le-Desert. Wszystkie one dobrze mi znane, jako że przemierzałem je jadąc w pierwszą stronę. Po drodze trzy 15min. przystanki. W takich chwilach oprócz spożywania pokarmów staram sie rozciągać mięśnie nóg. Później 5-kilometrowy podjazd o nachyleniu 6%. Czarne chmury nade mną i wiatr, który wieje z boku. Tuz przed zmrokiem melduje sie w miejscowości Laroque u gospodarzy, u których dane mi już było spędzać noc. I znów smaczna kolacja, opowieści z trasy i błogi sen.

DZIEŃ 27. LAROQUE-CARPENTRAS

Start-9.00, Stop-18.15, 
Dystans-155km, Czas jazdy-6h41min., 

Średnia prędkość-23,08km/h, maks.-62km/h

To był naprawdę dobry dzień. A przedstawiał sie tak: Śniadanie około 8.00,wyjazd o 9.00. Na dziś kierunki: Ales, Bagnols, Orange, Carpentras. W ostatnim z tych miast Przyjaciel Michel oczekuje już na mnie. Pierwszy przystanek po 40km. Ogólne zmęczenie jakbym przebył 100km. Motywuje sie krzykiem: DO BOJU!. Najważniejsze-wciąż zdrowe kolana, brak deszczu i pozytywne myślenie. Znajduje sie w terenie górzystym z podjazdami nie przekraczającymi 6km.Wiatr potęguje trudności. Dziś wypijam 3litry płynów. W mieście Orange wizyta w markecie. Posilam sie bułkami słodkimi, czekoladą i jogurtami. Tuz po wyjeździe całkowite załamanie pogody. Nawałnica zmusza mnie do przymusowego schronienia pod wiatą  przydrożnego baru. Po 45 minutach mogę powrócić na drogę.

 Do Przyjaciela pozostało niespełna 25km. Wiem, ze dziś wypocznę, wysypiając sie w wygodnym łóżku. Około 18.30 dostrzegam Michela. Macha mi ręką z okna samochodu. Po chwili serdecznie się ściskamy. Jedzie po córkę, którą poznam za jakiś czas. Ja natomiast od razu pod prysznic. A potem znany mi dobrze scenariusz: smaczna kolacja, ciekawa rozmowa w towarzystwie małżonki Sylwii, archiwizacja zdjęć i błogi sen.

DZIEŃ 28. CARPENTRAS-VALSERRES

Start-9.00, Stop-19.15, 
Dystans-142km, Czas jazdy-6h39min., 

Średnia prędkość-21,30km/h, maks.-55km/h

Pobudka o 7.00, na śniadanie jogurt, ciemne pieczywo własnej produkcji. Mam jeszcze chwilę na przejmującą rozmowę z Michel. Tym razem o koniach. Około 9.00 wyruszam. Pierwsze 1,5km to spacerek z rowerkiem (dosłownie). Droga, po której nie da sie jechać. W tym czasie zbieram myśli, układam w głowie scenariusze kolejnych dni. Pierwsze 60km przebytych odznacza sie niezmierzonym pięknem. Wokół mnie krajobraz, który na zawsze pozostanie w  mojej wdzięcznej pamięci. Rożne kształty skał niczym figur woskowych tworzą niecodzienną i piękną dla oka kompozycję. Po drodze wielu rowerzystów obu płci. Pozdrawiamy sie jak zawsze. Podjazd niezbyt wymagający, zatem mogę w pełni rokoszować sie pięknem natury.

Nadchodzi pora zjazdów! Niezbyt długie i szybkie to odcinki. Następny kierunek- miasto Sederon. Do jego punktu zaprowadza mnie 5km podjazd, który wraz z bocznym wiatrem sprawia, że jedzie sie niezmiernie ciężko. W międzyczasie sms do ukochanej Siostrzyczki Oli. Pierwsze 100km osiągam o 15.30.Wynik to średni. Im bliżej końca tym pogoda gorsza.

Około 19.00 będąc w małej miejscowości Valserres, chroniąc sie przed deszczem napotykam na życzliwe małżeństwo. Proponują gościnę. Jestem szczęśliwy! Po czynnościach osobistych nadchodzi czas smacznej kolacji i poznawania kolejnych domowników: córki oraz syna. Wszyscy wpatrzeni we mnie niczym w obrazek zadają pytania, a Głowa rodziny Pan Eric tłumaczy mi to na angielski. Wywiązuje sie ciekawa konwersacja. Około 22.30 udaje sie do swego pokoju, gdzie po chwili zapadam w błogi sen.

DZIEŃ 29. VALSERRES-BRIANCON

Start-8.15, Stop-14.30, 
Dystans-82km, Czas jazdy-4h09min., 

Średnia prędkość-19,68km/h, maks.-60km/h

Pobudka o 6.40,kaloryczne śniadanie i rozmowa z gospodynią domu. Gospodarza brak, jako ze od 4.00 rano pracuje w pobliskiej piekarni. Posilam sie ciemnym pieczywem z miodem i dżemem. Popijam mlekiem. Przychodzi 8 letnia córka. Około 8.15 pora rozpocząć swoje zmagania. Pogoda nie zachęca, wciąż ciemne chmury nade mną. Jednak wciąż nie pada i tego sie trzymam. Jedzie sie źle od samego początku. Prędkość w przedziale 18-23km/h. Po 30km już wiem, że noga dziś dobra nie będzie .Kierunek główny - legendarne Briancon, do którego od startu około 90km.Okazuje sie, że dziś łączenia radiowego nie będzie. W Polsce żałoba narodowa po tragedii w Kopalni Wujek. Po przebyciu 50km przystaje w przydrożnej cukierni, gdzie posilam sie dużym plackiem jabłkowym (część zabieram w dalszą drogę).I przychodzi przypływ energii, jednak nie na długo.

Wiatr skutecznie mnie osłabia. Dziś nie podejmuje większej walki, uznaje, że lepiej będzie jechać powoli, a w samym Briancon relaksować, przechadzając sie zabytkowymi uliczkami miasta. Około 15.00 upragniony wjazd. Odnalezienie pensjonatu zajmuje mi godzinę. Wykapany, najedzony udaje sie w miasto. A tam podziwiam widoki licznych fortyfikacji i ruin zamków. To w połączeniu z wysokogórskim pejzażem tworzy bajeczny obraz świata, z którym utożsamiam się co dnia, a który niebawem przyjdzie mi jedynie przywoływać do siebie oczyma wyobraźni.

DZIEŃ 30. BRIANCON - Col du Izoard – PINEROLO (WŁOCHY)

Start-8.15, Stop-19.45, 
Dystans-133km, Czas jazdy-6h14min., 

Średnia prędkość-21,34km, maks.-78km/h

To był piekielnie trudny i wspaniały dzien. A wyglądał  tak: Wyjazd bez bagażu na słynną przełęcz Col du I’zoard . Niestety problemy żołądkowe znacznie utrudniają mi jazdę. Motywuje sie krzykiem. Pomaga! Brak innych rowerzystów na trasie. Pewnie wczesna pora o tym świadczy. Stromizna góry wzrasta wraz z przebytym dystansem. Wspomagam sie napojem izotonicznym, wraca lepsze samopoczucie, żołądek przestaje bolec. Ostatnie 5km do szczytu! W tym fragmencie nachylenie średnie to 8%-prawdziwe schody. Jednak i tym razem przechodzę je dzielnie. Wreszcie na szczycie! 2360m n.p.m. osiągnięte! Tam niemal dotykam piękna boskiego majestatu! Spotykam kolejnego Markusa - człowieka z Niemiec, który filmuje moje opowieści w dwóch wersjach językowych. Robi także wiele zdjęć. Ciekawy człowiek otrzymuje ode mnie wizytówkę. Potem kolejny napotkany-tym razem Peter ze Szwajcarii. I znów interesująca rozmowa o naszych pasjach. Zaprasza do swojego szwajcarskiego domu w Zurichu. Kto wie, może kiedyś…

Po godzinie na szczycie pora wracać, długim i niebezpiecznym zjazdem. W pensjonacie melduje się około 14.00. Pakuje się w pośpiechu i w drogę. Wszak dziś jeszcze przede mną wspinaczki na: Col de Montgenevre-1860m n.p.m. i legendarną Col de Sestriere-2060m n.p.m. Jadę w dobrym rytmie, podbudowany sukcesem. I chociaż widoki bajkowe, to nie zatrzymuje się, a jeszcze bardziej motywuje do efektywniejszej pracy. Na drodze mijam parę rowerzystów na tandemie. Widać, że Pan mocniejszy pracuje ciężej naciskając na pedała. Kobieta w wyraźnym kryzysie.

Potem chwila oddechu na szczycie..I zjazdy, które kończą sie błyskawicznie. Pora zmierzyć sie z podjazdem pod Sestriere. Tutaj właśnie w 1999 roku wygrywał idol Lance Armstrong, w drodze po swoje pierwsze zwycięstwo w Tour de France. I jestem! Łezka w oku sie kręci. Przypominam sobie obrazy z przed dwu lat. Wszak już tu byłem podczas wyprawy na Giro d"Italia 2007. Życzliwy człowiek filmuje mnie. I pozostał najłatwiejszy odcinek-60-kilometrowy zjazd do Pinerolo - mety mojego dzisiejszego odcinka. Około 20.00 wjeżdżam do miasta. Znajduje pamiętny chiński pensjonat i za 33 euro spędzam w nim noc. Przed snem jeszcze tylko krótka wizualizacja dnia następnego. Brawo, jesteś wielki-mówię do siebie!

DZIEŃ 31. PINEROLO-NOVARA

Start-8.15, Stop-18.15, 
Dystans-168km, Czas jazdy-7h00min., 

Średnia prędkość-24km/h, maks.-56km/h

Dzień, w którym nadrzędną motywacją staje się wizyta u mojego przyjaciela Elio we włoskim mieście Novara. Rozpoczynam w radosnym nastroju. Pierwsze 20km ze średnią prędkością 26km/h. Bezwietrznie-słonecznie-wspaniale. Później wiatr dochodzi do głosu i psuje tempo mojej jazdy. Dziś jednak nic nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Perspektywa pobytu u moich włoskich Przyjaciół dodaje mi skrzydeł. Jazda w kierunku miejscowości: Turyn, Chieri, Casale Monferrato, Vercelli, Novara. Teren pagórkowaty. Najtrudniejsze 5km do miasta Cocconato. Podjazd stromizną przypominający alpejskie potyczki, jednak długość na szczęście już nie ta. Na szczycie odpoczynek (przy muzyce Eltona Johna) i stosowna dokumentacja filmowo-zdjęciowa. W przydrożnym domu, dzięki życzliwości starszej Pani uzupełniam bidony wodą i podładowuję swój telefon komórkowy. Dziś potrzebuję być w kontakcie telefonicznym z moim Przyjacielem.

Następnym celem jest jak najszybsze dotarcie do miasta Casale Monferrato. 40-kilometrowy odcinek nadwyręża moje siły. Około 16.00 wjeżdżam do miasta. Mam świadomość, że do miejsca docelowego-miasta Novara pozostało już tylko 50km. Z uśmiechem na ustach przemierzam ten dystans, mając po drodze jeden wyraźny kryzys. Przezwyciężam słabość dzięki 15-minutowemu postojowi, podczas którego dostarczam organizmowi kolejne porcje kalorii. Potem jazda przebiega już bez zakłóceń. Kiedy w miejscowości Vercelli dostrzegam znak Novara-22km czuję wewnętrzną ulgę. Prawie w domu-Myślę sobie! Około 18.15 docieram do celu. Odnajduję dom Przyjaciela, by po chwili ściskać się z nim i jego żoną. Następnie gorący prysznic i rozmowy przy suto zastawionym stole. Dołączają do nas syn gospodarzy Alessandro i narzeczona Alice.

DZIEŃ 32. NOVARA-NOVARA

Niezmiernie potrzebny, dopiero drugi dzień odpoczynku. Rozpoczynam leniwie około 8.30. Śniadanie już czeka. Na stole królują: dżem, miód, sery białe oraz żółte, suchary, masełko, kawa, sok pomarańczowy. Przychodzi Elio, rozmawiamy o planach na dziś. W kolejności: oddanie roweru do serwisu, zakup Atlasu Europy, wizyta u Mamy gospodarza, wieczorne spotkanie z synem Alessandro i jego narzeczoną Alice. Pogoda wciąż letnia, 29 stopni w pełnym słońcu. Mając wieje wolnego czasu postanawiam przepisać z zeszytu do komputera część swoich codziennych zapisków z dziennika podróży.

Nadchodzi pora kolacji. Przy smacznej stawie ciekawa rozmowa. Temat przewodni-sport. Okazuje się, że piłka nożna nie jest naszą ulubioną konkurencją. Każdy z nas ma swoje typy, jednak wspólnym mianownikiem okazują się być sporty wyścigowe, samochodowe, czy motorowe. Zdarza się, że przysłuchuję się żywiołowym włoskim rozmowom. Elio stara się na bieżąco tłumaczyć na angielski własne potyczki słowne z synem. Bywa zabawnie. Tuż przed snem rozmawiam przez SKYPE  z rodziną. Wreszcie mogę to czynić bez żadnych ograniczeń. Szczęśliwy i pozytywnie usposobiony około północy zasypiam.

DZIEŃ 33. NOVARA-NOVARA

Drugi z rzędu dzień rozbratu z rowerem. Korzystam w pełni z tych relaksacyjnych chwil. Rozluźniam nogi spacerując po urokliwym mieście. Dziś odwiedzam tor F1 w Monza. Około 12.00 pojawiam się w miejscu, w którym dwa tygodnie wcześniej ścigał się Robert Kubica. Wspólnie z Elio mam możliwość przechadzania się po parku maszyn, podglądania pięknych samochodów, wejścia na niejedną trybunę dla kibiców. Z miejsca do miejsca prowadzą nas urokliwe uliczki parku, w którym napotykamy wielu biegaczy i rowerzystów. Szczęśliwie na torze odbywa się jeden z wyścigów, zatem mogę poczuć atmosferę rywalizacji. To przyjemne napięcie związane z kibicowaniem. Dodatkowo prowadzę dokumentację zdjęciową, uwieczniając to ścigających się zawodników, to mojego Przyjaciela. W porze przerwy od ryku silników zjadam smaczną kanapkę i goszczę w szczególnym sklepie. To miejsce z pamiątkami wyścigowymi. Można tu zakupić: kaski, koszulki, czapeczki i wiele innych gadżetów różnych stajni F1. Wybieram czerwoną czapkę-bejsbolówkę z napisem Monza. Uradowany robię kolejne zdjęcia, na kilku sam występuję.

Po dwóch godzinach szczególnego czasu powracam z Elio do Novary. Zupełnie rozluźniony surfuję po Internecie. Czuję się zregenerowany. Wieczorem rodzinna kolacja i rozmowa z Przyjacielem Piotrem.

Po długiej konwersacji pora spać.

DZIEŃ 34. NOVARA-BERGAMO

Start-9.00, Stop-16.30, 
Dystans-126km, Czas jazdy-5h25min., 

Średnia prędkość-23,29km/h, maks.-40km/h

Pobudka o 7.00. Odczuwam niedobór snu, ale nic to. Poranna kawa szybko mnie rozbudza. Śniadanie lekkie-kaloryczne. Następnie ostatnie zapiski w dzienniku podróży. Wyjazd na trasę!. Tak świeże obrazy pojawiają się w głowie. Wciąż wizualizuję wczorajsze piękne chwile. W miarę upływu czasu wzmagam swą koncentrację na dzisiejszym zadaniu.  Obieram kierunki podobne do wczorajszych: Bursto Arsizio, Saronno, Monza.

Poruszam się w terenie płaskim, drogami drugorzędnymi, na których ruch samochodowy raczej znikomy, a stan nawierzchni dobry. Czuję się wyśmienicie. Jadę na luźnym przełożeniu, nie nadwyrężając kolan. Na kilku krótkich przystankach rozluźniam mięsnie nóg, zjadam jogurty i smaczne bułeczki od małżonki Elio-Claudii. Przy prędkości 25-28km/ odczuwam wewnętrzne rezerwy, których jednak nie wykorzystuję. Postanawiam jechać dziś najbardziej ekonomicznie jak to tylko możliwe.

Za metę odcinka uznam  miasto Bergamo, w którym odnajduję tani hotel młodzieżowy. Po przebyciu niespełna 125km, gorącej kąpieli, regeneruję siły na kolejne wymagające dni. W międzyczasie poznaję ciekawego człowieka z Australii. Wspaniale, że mogę porozumieć się z nim bez problemów. Sympatyczny Pan opowiada o swoim podróżowaniu. Okazuje się, że we Włoszech jest od tygodnia i porusza się śladem najpiękniejszych miejsc, zwiedza, fotografuje, poznaje kulturę i obyczaje. Zasiewa we mnie taką oto refleksję: kiedyś sam wyruszę w świat i odkrywał będę jego piękno nigdzie się nie spiesząc, a jedynie kontemplując życie. Po takiej relacji interpersonalnej kształtuje się moja osobowość. Zasypiam w znakomitym nastroju.

DZIEŃ 35. BERGAMO-INCUDINE

Start-8.45, Stop-18.30, 
Dystans-119km, Czas jazdy-6h26min., 

Średnia prędkość-18,5km/h, maks.-68km/h

Po 9-godzinnym śnie pora rozpocząć kolejny dzień. Śniadanie niezbyt obfite, na drogę wyruszam około 8.45. Dziś przewiduję kierunki: Passo de Presolana, Schilpario, Passo del Vivione. Zanosi się na piekielnie trudny dzień, z wieloma podjazdami. Dobrze, że pogoda dopisuje. Pierwsze 30km stosunkowo płaskie, potem już tylko pod górę i z góry. Jednak przychodzi mi jechać po złej-dziurawej nawierzchni asfaltowej. Pierwsza przełęcz o średnim poziomie trudności. Nachylenie średnie-5,5%, fragmentami nawet 9%. Jadę w dobrym rytmie, z wysoką kadencją pedałowania. Dodatkowym utrudnieniem są pozamykane markety, wszak dziś niedziela. Pozostają mi zakupy na stacjach benzynowych. Podczas jazdy posilam się; bananami, czekoladą, brzoskwiniami, bułkami słodkimi, batonami.

Drugie ze wzniesień-Passo del Vivione to swoista ściana płaczu. U podnóża góry zatrzymuję się w przydrożnym barze, gdzie wzmacniam swą energię odpowiednim posiłkiem. Powrót w pedała! Jazda bardzo trudna, droga wije się niczym ogon węża, miejscami bardzo wąsko. Nachylenie sięgające 8-10%. 3km przed szczytem poziom zmęczenia organizmu sięga zenitu. Jadę motywując się krzykiem: Potrafisz to zrobić!Jesteś silny siłą wielu!Wpatruję się w swoją sylwetkę odbijaną w asfalcie. W międzyczasie telefon od koleżanki Edyty. Wreszcie na szczycie! Poczucie spełnienia przesłania ogólne zmęczenie i słabość. Życzliwi człowiek robi mi zdjęcia i krótki film, na którym opowiadam o swojej drodze i wrażeniach z trasy. Następnie karkołomne zjazdy z prędkością 55-75km/h. Skrzydła podcina mi samochód jadący przede mną, skutecznie ograniczając moją prędkość. Nic to. Kiedy dojeżdżam do miasta Edolo rozpoczynam podjazd. Krajobraz przypominający alpejskie szczyty: otaczają mnie skały i wyrastający z nich drzewostan. Nietypowe kształty górskich kolosów tylko  potęgują piękno natury. Postój w małym przydrożnym hotelu.

DZIEŃ 36. INCUDINE-CORNEDO

Start-8.15, Stop-20.00, 
Dystans-140km, 
Czas jazdy-7h00min., 
Średnia prędkość-20km/h, maks.-63km/h

To był doprawdy znakomity dzień. Ale po kolei! Budzę się na raty, około 7.15 definitywnie. Na śniadanie banan, batonik, jabłko. W trasie od 8.15. Dzisiejsze kierunki: Ponte di Legno, Male, Fondo, Bolzano. Droga dobrze mi znana z samotnej wyprawy na Giro d’Italia 2007. Wspaniałe obrazy nakładają się na siebie. Jadąc odczuwam spełnienie, buduję się moja wrażliwość. I chociaż od samego początku wspinam się, to jednak uśmiech z twarzy nie schodzi. Na pierwszej dziś przełęczy Passo del Tonale-1883m n.p.m. robię pierwszy postój. Około 11.15 łączy się ze mną Andrzej Winiszewski z Radia Zachód. To nasze przedostatnie łączenie przebiega pod znakiem rozmowy o przebytym dystansie, samopoczuciu, ciekawych zdarzeniach, pogodzie i planach powrotu. Żartobliwie mówię: Tęsknie już za schaboszczakiem, czy pierogami ruskimi i rodzinną atmosferą.

Następnie nieco zjazdów i kolejna wspinaczka na Passo di Mendola-1363m n.p.m. Szczyt wzniesienia znacznie niżej osadzony, jednak sam podjazd bardziej wymagający, stromizna większa. Jadę na luźnym biegu, wspomagam się napojami izotonicznymi i żelem energetycznym. Spełnienie na szczycie! Cieszę się otaczającą mnie wyjątkową scenerią. Pamiętam dobrze, jak przed dwu lata wpatrywałem się w niebo i górskie szczyty, fotografując krajobraz. Wówczas nie mając kamery, mogłem jedynie uchwycić moment w obiektywie aparatu. Teraz mogę wreszcie udokumentować niejedną chwilę w dynamicznym obrazie i  czynię to skutecznie. Dodatkową motywacją jest dla mnie świadomość wjazdu do Królowej Dolomitów-Cortiny d’Ampezzo. Ale to dopiero jutro.

Nadchodzą zjazdy do miasta Bolzano. Szybkość znaczna-70—75km/h. Potem początek wspinaczki pod Passo di Costalunga. Nadchodzi zmierzch, po kilku próbach znajduję pensjonat na dzisiejszą noc. Po chwili dowiaduję się, że pracuje w nim Polka Iwona, która jest doprawdy urodziwą kobietą. Mam zaszczyt poznać nieco jej historię życia, tak pięknie opowiadaną  jej zmysłowym głosem. Kobieta robi na mnie duże wrażenie. Myślę, że Ona także dobrze mnie odbiera. Po owocnej rozmowie, około północy układam się do snu.

DZIEŃ 37. CORNEDO-CORTINA D’AMPEZZO (AUSTRIA)

Start-8.45, Stop-19.30, 
Dystans-110km, Czas jazdy-6h14min., 

Średnia prędkość-17,65km/h, 92km/h

To był doprawdy królewski dzień, podobnie jak jego zwieńczenie. A przedstawiał się tak. Tuż przed wyjazdem okłady z zimnego żelu na kolana. Około 8.45 na drodze! Nie mam chwili wytchnienia, jako że rozpoczynam od mocnego uderzenia. 20km wspinaczka pod Passo di Costalunga- 1745m n.p.m. kosztuje bardzo wiele sił. I kiedy nachylenie urasta do 8-10% wówczas daje z siebie najwięcej. Wyciskam siódme poty  motywując się krzykiem. Wewnętrzna silna wola powoduje, że po niespełna 2 godzinach zdobywam szczyt piekielnej przełęczy. Ową walkę ze słabościami organizmu, determinację, trud wniesiony w zdobycie tego celu zapamiętam na długo. Dzwoni Mama! Opowiadam o zdobyciu kolejnego celu. To jedna z najtrudniejszych gór, jakie zdobywałem w życiu-Myślę sobie.

Potem szybkie zjazdy. I przychodzi następna góraPasso Fedaia-2054m n.p.m. Wspinaczkę rozpoczynam w miejscowości Canazei. 15km stromiznę pokonuję w dobrym rytmie z prędkością rzędu 11-13km/h. Brak kryzysów. Ze szczytu czeka mnie jeden z najszybszych zjazdów jakie pokonywałem w swoich dotychczasowych podróżach. Spadek 12% z czasem urasta do 15%. I w tym fragmencie notuję swój życiowy rekord prędkości-92km/h. Adrenalina podchodzi do samego gardła, napięcie niewyobrażalne. Jednak zachowuję rozwagę, bo mogąc jechać jeszcze szybciej, postanawiam nacisnąć już szczęki hamulcowe.

Nadchodzi czas ostatniej dziś wspinaczki wprowadzającej mnie do królowej, słynnej Cortiny d’Ampezzo. To niestety swoista ściana płaczu-mojego płaczu. Przeżywam wyraźne załamanie, zmuszony jestem zatrzymać się na początku wzniesienia. Jem banana, popijam napojem izotonicznym, determinuję się do walki. Na 3km do szczytu pojawia się dawno nie widziany uśmiech na twarzy, chociaż wciąż nogi nie pracują zbyt dobrze.Przezwyciężyłem najgorsze-Myślę sobie! Na szczycie fotografuję okazałą panoramę. Na zjazdach rozluźniam mięśnie nóg. W perspektywie wjazd do Cortiny. Już wizualizuję tę piękną chwilę.

Wreszcie 5km do miasta. Wypatruję już pięknego widoku. Po chwili przystaję na poboczu drogi, gdzie ze specjalnego tarasu widokowego delektuję oczy i duszę pięknem otaczającego krajobrazu. Spotykam człowieka, który filmuje mnie. Mam kolejny ciekawy materiał do pokazania swoim bliskim. Po 20 niezapomnianych minutach zjeżdżam do Cortiny. W samym mieście posilam się słodkimi bułeczkami. Tuż po zmroku odnajduję tani hotel w cenie 40euro, gdzie poznaję kolejną Polkę. Mam wiele szczęścia, ponieważ w tym kurorcie normą jest noc w cenie 80-100euro. Tuż przed snem uzupełniam dziennik podróży, oglądam TV.

DZIEŃ 38. CORTINA D’AMPEZZO-MITTERSILL

Start-10.10, Stop-19.15, 
Dystans-148km, Czas jazdy-6h06min., 

Średnia prędkość-24,62km/h, maks.-77km/h

To był zaskakujący dzień bez happy endu. A wyglądał on tak: Rano, po śniadaniu odbywam rozmowę z poznaną rodaczką, korzystam z Internetu, by około 10.00 wyruszyć w trasę. Słoneczko mocno świeci, przedstawia się kolejny piękny dzień. Na dziś kierunki: Toblach, Lienz, Mittersill, Kitzbuhel. Etap dzisiejszy ma dwa profile: Pierwsze 100km to wiele zjazdów i płaskich odcinków. W tym fragmencie przeciętna wyśmienita, to 24,93km/h. Potem jazda pod górę i spadek średniej prędkości. Jadę luźno, bez przeciążania kolan. 25km górski odcinek pokonuję w dobrym rytmie.

Wypijam dziś 3,5 litra płynów. Na szczycie przeżywam kolejne emocje. Tym razem negatywne. Okazuje się bowiem, że przejazd przez 4km tunel (będący jedyną drogą przejazdu) kosztuje 18 euro. Jestem prawdziwie zdumiony. Pierwszy raz spotykam się z opłatą dla rowerzystów za taki przejazd. Po kilkunastominutowych dyskusjach z nadzorem, wyprowadzony z równowagi uciekam w tunel. Niestety zatrzymuje mnie służba drogowa.. Przepis stanowi o przetransportowaniu mnie samochodem na koniec tunelu. Po chwili dojeżdża policja. Funkcjonariusze mówią o względach bezpieczeństwa, które nie pozwalają mi przejechać przez tunel. Przecież tunel jest oświetlony i nie ma natężenia ruchu-tłumaczę! Na nic moje wyjaśnienia. Nieugięci funkcjonariusze nakazują zapłacić mi 50 euro kary za złamanie przepisów. Dodatkowo wpłacam kolejne 18euro za przejazd.

Mocno podenerwowany jadę dalej. Niebawem zmrok, pozostaje mi uważnie zjeżdżać do najbliższego miasta. Pędzę z prędkością 60-70km/h, mijając po drodze kilka nieoświetlonych tunelów. Poruszam się środkiem drogi, nie mając świateł w rowerze. I gdzie tu logika, przecież mijam kolejne tunele, w których nie ma choćby jednej lampy-to irracjonalne-myślę sobie. Nareszcie odnajduję małe miasteczko, w którym w przystępnej cenie przyjdzie mi spędzić noc. Przed snem jeszcze relacjonuję najbliższym całość negatywnego zdarzenia i około 22.00 układam się do snu.

DZIEŃ 39. MITTERSILL-MONACHIUM (NIEMCY)

Start-8.30, Stop-19.30, 
Dystans-177km, Czas jazdy-7h45min., 

Średnia prędkość-22,83km/h, maks.-66km/h

Od początku dnia świadomość wjazdu do rodzinnego Monachium (gdzie czeka już na mnie ciocia) dodaje skrzydeł. Nade mną mgła i przenikliwe zimno. Na starcie 10km wspinaczka o średnim poziomie trudności. Czuję wewnętrzne osłabienie organizmu, jednak motywuję się stosownie. Kieruję się na: Kitzbuhel, Kufstein, Bad Aibling, Monachium.Do 75 kilometra niemal bezwietrznie, potem walka z bocznymi podmuchami. Wspomagam organizm bananami, czekoladą, bułkami słodkimi. Czuję sporą moc w nogach, którą umiejętnie dozuję. Dziś na dobre wyjeżdżam z wielkich gór. I bardzo się z tego powodu cieszę. Nogi dość już mają wysokogórskich potyczek.

Krajobraz odmienny od tego z przed kilkudziesięciu godzin, dookoła mnie łąki na tle ściany lasu. Wszystko uporządkowane, przystrzyżone. Od razu widać, że jestem na pograniczu Austrii i Niemiec. Te kultury tak mają-mówię w duchu. W drodze coraz częściej myślę o powrocie do rodzinnego Lubska, spotkaniu z rodziną. Ta myśl przewodnia zawsze uskrzydla. Dziś dwa 25min. przystanki. 45km przed Monachium wiatr przybiera na sile, jego porywy niemal spychają mnie na pobocze. Nic to, jadę spokojnie, nie patrząc na pomiar prędkości.

Wreszcie w metropolii! Pytam przechodniów o drogę. Okazuję się, że znajduję się po południowo-wschodniej stronie miasta, docelowo mam udać się na stronę północno-zachodnią. Do przebycia 25km. Dzięki ludzkiej życzliwości przemierzam kolejne ulice, wykorzystując do tego ścieżki rowerowe. Rozwiązania komunikacyjne dla rowerzystów na wysokim poziomie, więc jadę bezpiecznie. Wreszcie około 19.30, tuż przed zmrokiem docieram do celu podróży. W oczekiwaniu na Ciocię rozmyślam o tym co pozostawiłem za plecami, a także o tym co wciąż przede mną. Przyjeżdża Ciocia! Ściskamy się mocno. Potem rozmowa przy kolacji, wiele opowieści z podróży. W sen zapadam około 23.00.

DZIEŃ 40. MONACHIUM-MONACHIUM (ODPOCZYNEK)

Korzystam z możliwości odpoczynku. Wstaję po 10 godzinach snu około 10.00. Do przybycia Cioci mam wiele czasu na spacery, relaks przy muzyce, uzupełnianie dzienników podróży. Potem późny obiad z Ciocią i przejmująca rozmowa. W międzyczasie dzwoni Mama. Wypytuje o samopoczucie, stan kolan, plany na kolejne dni. Odpowiadam, że wszystko w porządku, realizacja przedsięwzięcia dobiega końca. Kontaktuję się także z Przyjacielem Piotrem, który opowiada o lubskich nowinach, własnej pracy, planach na rozwój nowego biznesu. Przed snem wizualizuję w głowie kolejne dni, scenariusze spotkań z życzliwymi ludźmi, przemierzane drogi-tak dobrze mi znane z poprzednich wypraw.

DZIEŃ 41. MONACHIUM-WISCHENHOFEN

Start-9.40, Stop-18.45, 
Dystans-170km, Czas jazdy-7h03min., 

Średnia prędkość-24,26km/h, maks.-60km/h

Dzień rozpoczynam apetycznym śniadaniem z Ciocią. Rozmawiamy o mojej dzisiejszej trasie i o planowanym środowym powrocie do domu. Czy ktoś mnie przywita, przejedzie ze mną ostatni odcinek drogi? - rozmyślam. Pora w drogę! Dość szybko wydostaję się z miasta. Poruszam się drogami drugorzędnymi o dobrej nawierzchni. Ukierunkowuję się na: Dachau, Wolnzach, Neustadt, Kelheim, Laaber. Do 100km jazda w terenie płaskim, potem wkraczam w teren pagórkowaty. Znakomita pogoda: 24 stopnie i słonecznie. Podjazdy nie przekraczają 2,5km. Ostatnie 25km tylko pod górę i z góry. Nogi zmęczone potrzebują już regeneracji.

Dziś wypijam 3litry płynów, posilam się bananami, czekoladą, jabłkiem, ciemnym pieczywem, żelem energetycznym. Kilka 15min. przystanków, podczas których rozciągam mięśnie nóg, wykonując skłony, przysiady. Krajobraz przypomina rodzinne strony moich Dziadków. Wzniesienia, a na nich jednorodzinne domki z ogrodami, zewsząd łąki i lasy pięknie wkomponowujące się w urzekające piękno. Za metę odcinka uznam dziś urokliwą wioskę Wischenhofen, w której odnajduję przyjemny pensjonat. Warunki mam wyśmienite. Po kąpieli kontaktuję się z najbliższymi, oglądam TV i dość szybko wtulam się w poduszkę.

DZIEŃ 42. WISCHENHOFEN-MARKTLEUTHEN

Start-8.15, Stop-16.15, 
Dystans-151km, Czas jazdy-6h13min., 

Średnia prędkość-24,31km/h, maks.-66km/h

To był trudny dzień z dobrą przeciętną. A wyglądał następująco! Rozpoczynam jazdę o 8.15. Pierwsze kilometry bardzo szybkie: wiele zjazdów i o dziwo wiatr wiejący w plecy. Z biegiem dnia warunki pogodowe coraz trudniejsze: wieje z boku, dodatkowo przelotny deszcz. Dziś trzymam się żelaznych zasad, a mianowicie przystanki co 50km. Obieram kierunki: Amberg, Hirschau, Grafenwohr, Kulmain, Wunsiedel. Po przebyciu100km stosunkowo płaskich, pierwszy znaczący 4km podjazd prowadzący do miasta Kemnath. To 6% wzniesienie wymagające koncentracji i regulacji oddechu. Nogi zmuszone do dużego wysiłku. Cały organizm pracuje bardzo dobrze, tętno w przedziale 130-143 uderzenia serca na minutę.

Pogoda psuje się z każdym przebytym kilometrem. Jednak nie deprymuję się tym. Druga wielka góra za miejscowością Wunsiedel. 5km odcinek o nachyleniu średnim 7,5% sprawia, że mój wydatek energetyczny wzrasta maksymalnie. Jednak uśmiecham się do siebie, wiedząc, że to jeden z ostatnich podjazdów jakim stawiam czoła. Po przebyciu 150km uznaję, że na dziś dość. Odnajduję przytulny pensjonat w małej miejscowości Marktleuthen. Negocjuję cenę do poziomu 20 euro. Sympatyczne małżeństwo niezmiernie uradowane moją wizytą. A co się za tym kryję dowiem się już dnia następnego. Dziś jeszcze zapiski w dzienniku, rozmowa z Mamą i błogi sen.

DZIEŃ 43. MARKTLEUTHEN-BAD SCHLEMA

Start-9.00, Stop-16.00, 
Dystans-102km, Czas jazdy-4h47min., 

Średnia prędkość-21,65km/h, maks.-60km/h

Pobudka o 7.10. I kolejny raz zaspałem. Nic to. Najważniejsze zacząć jazdę w dobrym nastroju. Rozpuszczam w wodzie witaminę C. I chociaż czuję wewnętrzne osłabienie, to jednak motywując się zachowuję w sobie pozytywne odczucia. Wspomagam się słowami: Potrafisz to zrobić. Około 11.45 ostatnie łączenie z Andrzejem Winiszewskim z Radia Zachód. Rozmawiamy o moich odczuciach i perspektywie powrotu. Jestem w radosnym nastroju, co zapewne daje się słyszeć w domach słuchaczy. Po kilku minutach, umotywowany z powrotem w pedałach. Na dziś kierunki: Selb, Aś, Schoeneck, Falkenstein, Bad Schlema. W ostatniej z tych miejscowości mam się spotkać ze starszym małżeństwem, które przyjęło mnie pod swój dach w drugim dniu wyprawy. Dziś spodziewają się mnie, pozostaje mi tylko trafić pod wskazany adres. I chociaż wieje niemiłosiernie, to świadomość spotkania z Przyjaciółmi uskrzydla.

Do celu już tylko 25km. Ostatni przystanek odbywam na urokliwej polanie, dookoła której roztaczają się wzgórza. Prawdziwego uroku dodaje uporządkowany drzewostan oraz urzekająca konstelacja chmur. Owa fascynacja odkrywanym światem-co dzień inna-jest dla mnie zawsze prawdziwym przeżyciem. Wreszcie po niespełna 5 godzinach melduję się w mieście Bad Schlema. Łezka kręci się w oku. Po kilkunastu minutach odnajduję pamiętny dom, a w ogrodzie głowę rodziny-Pana Wolfganga. Raduje się dusza moja. Po chwili dołącza do nas Pani Margo. Niebawem zasiadamy do stołu i przy smacznym posiłku obiadowym mogę opowiedzieć, co na przestrzeni tych 6 tygodni wyprawy wydarzyło się w moim życiu. A wydarzyło się doprawdy wiele dobrego. Czuję wyjątkową atmosferę. Państwo traktują mnie jak syna-mówię, dziękując za to z całego serca. Dostaję zapewnienie o możliwości powrotu w te urokliwe strony, kiedy tylko będę miał na to ochotę. To buduje moją wrażliwą duszę. Przed snem jeszcze tylko rozmowa z Mamą.

DZIEŃ 44. BAD SCHLEMA-BERNSDORF

Start-9.00, Stop-18.40, 
Dystans-186km, Czas jazdy-7h50min., 

Średnia prędkość-23,75km/h, maks.-66km/h

To był dzień zwycięskiej walki. A wyglądała ona tak! Pobudka o 6.30, po 7.00 uroczyste śniadanie. Na stole królują dżem, miód, ser żółty, ciemne pieczywo, ciasto z wiśniami. Do popicia kawa, sok, mleko. Rozmawiamy o polsko-niemieckich podobieństwach, ciekawych miejscach do zwiedzenia, niesprzyjających warunkach atmosferycznych dzisiejszego dnia. Mówię o swoich planach maksymalnego zbliżenia się do granicy niemiecko-polskiej, na odległość 70-60km/h. Na pożegnanie Pan Wolfgang fotografuje mnie. Odjeżdżając oglądam się ostatni raz za siebie, a łezka staje w oku.

Rozpoczynam od kilku wzniesień. Swą długością nie przekraczają one 3km, jednak ich stromizna potrafi zmęczyć człowieka. Wspomagam się izotonicznymi napojami, batonami, bananami, czekoladą. Wytyczam sobie kierunki: Stolberg, Frankenberg, Nossen, Meissen, Bernsdorf,  Konigsbruck. Na odcinku 25km przelotne opady deszczu. Wciąż moje myśli wybiegają w kierunku tryumfalnego powrotu w rodzinne strony.

I wreszcie po 186km docieram do miejsca dzisiejszego przeznaczenia tj. do miasta Bernsdorf. Mając  wrodzony dar zjednywania sobie ludzi poznaję kolejne młode małżeństwo. Wręczam wizytówkę, opowiadam w kilku zdaniach o sobie, a w zamian otrzymuję propozycję gościny domowej. Po chwili zasiadam do stołu, opowiadam o swoich rowerowej pasji, realizacji kolejnych marzeń. Domownicy słuchają mnie z uwagą, zadając mnóstwo pytań. Te nasze wspólne relacje tylko uświadamiają mi jak ważna w życiu człowieka jest jego pasja, swoisty motor napędowy, który na gruncie realizacji kształtuje jego silną wolę, osobowość, psychikę czy motywację życiową. Dzięki niej łatwiej kroczyć przez życie, budując się zwycięstwami oraz wyciągając stosowne wnioski z porażek. Po tak znakomitym wieczorze pora ułożyć się do snu.

DZIEŃ 45. – BERNSDORF-LUBSKO – FINAŁ (POLSKA)

Start- 9.30, Stop- 15.30, 
Dystans-113km, Czas jazdy-4h25min., 

Średnia prędkość- 25,62km/h, maks.-46km/h

Jakże piękny to czas, kiedy wstaję rano, za oknem słonko, a w głowie perspektywa spotkania z rodziną i tryumfalnego przejazdu przez rodzinne Lubsko. Po smacznym śniadaniu i ciekawej rozmowie z domownikami, około 9.00 wyruszam na ostatni fragment swojej 45-dniowej trasy. W głowie i duszy obrazy z przed lat. Uczucie spełnienia, samorealizacji, zwycięstwa nad różnorakimi przeciwnościami-tak dobrze mi znane-przywołuję do siebie, wzruszając się przy tym niejednokrotnie. Dziś już niczego nie muszę, ja tylko mogę-powtarzam sobie. To już moja trzecia indywidualna wyprawa rowerowa, kończąca się prawdziwym sukcesem. To zasługa wielu życzliwych mi ludzi, świadczących swą pomoc w czysto bezinteresowny sposób, którzy od lat we mnie wierzą, dodają motywacji, determinacji, woli walki.

Odliczam ostatnie kilometry do mety. Ostatnie kierunki: Hoyerswerda, Bad Muskau, Łęknica, Trzebiel, Lisia Góra. Wszystkie one tak dobrze mi znane z minionych wypraw. Nareszcie na granicy, 35km do końcowego zwycięstwa. Dzwoni Tato, pyta gdzie jestem. Okazuje się, że oczekuje na mnie wspólnie ze swoimi uczniami nieopodal Lisiej Góry. A ja jadę powoli, spoglądam wkoło, delektuje się rozpromienioną w słońcu przyrodą, wizualizuję powitanie z najbliższymi. Wreszcie około 15.00 przekraczam tablicę Lisia Góra. W oddali dostrzegam grupkę osób, łezka staje w oku. Po chwili ściskam się już z Tatą, witają mnie też jego uczniowie-młodzi adepci rowerowi. Wzruszająca atmosfera. Podekscytowany wyruszam na ostatni 5km fragment trasy. I kiedy dostrzegam tablicę Lubsko-Wita, a obok niej Przyjaciół: Anię i Piotra, to wiem, że spełnienie przyszło. Po chwili pamiątkowe zdjęcia, filmy oraz krótkie opowieści. Niebawem uściskam się z kochaną Siostrzyczką Oleńką i zjem rodzime kotlety schabowe.

Na zakończenie owej podróżniczej opowieści pozostaje mi gorąco podziękować: Piotrowi Węcławskiemu i jego rodzicom, Fundacji Innowacja w Warszawie i jej prezesom Pani Lucynie Kasprzak oraz prof. Wojciechowi Pomykało, Panu dr Markowi Rucińskiemu, Andrzejowi Winiszewskiemu z Radio Zachód, Panu Adamowi Dechnikowi, Łukaszowi Gaszynie, Markowi Hutko, Marcinowi Adamczewskiemu, Przemysławowi Siemionowi oraz wszystkim pozostałym, którzy przyczynili się do realizacji mojego największego życiowego przedsięwzięcia. Jestem silny Waszą siłą!